MTB - od czego zacząć?
 Oceń wpis
   

Jazda na rowerze to miłe spędzanie czasu. W moim przypadku to czas relaksu i psychicznego odprężenia po całym dniu pracy. Ale od początku...

Rowerem zainteresował mnie mój znajomy. Zaproponował przejażdżkę po terenie wokół osiedla i tak to się zaczęło. Pierwsza jazda po wielu latach nie była łatwa. Rower trekkingowy Wheelera, nie używany od kilku dobrych lat, pokazał moje braki kondycyjne i techniczne.

Wyciągając wnioski z pierwszych jazd oddałem rower do serwisu, gdzie wykonano podstawowy przegląd. Wymieniono sparciałe opony, wymieniono klocki hamulcowe (V-brake), wykasowano luzy i nasmarowano przekładnie oraz łańcuch. Dlatego moja rada dla początkujących , którzy mieli dłuższą przerwę i nie używali roweru to oddać go do serwisu.  Koszt takiego przeglądu to max 100zł (+ oczywiście koszt elementów wymienianych) ale za to mamy pewność, że bezpiecznie będziemy na nim jeździli.

Druga sprawa to kask rowerowy. Do szału doprowadza mnie gdy widzę rowerzystów, którzy jeżdżą bez kasku, a o nieszczęście naprawdę jest łatwo.

Po kilku tygodniach jeżdżenia podjąłem decyzje o zakupie nowego roweru. Poparty szukaniem opinii w internecie, na formach tematycznych, jaki rower wybrać, udałem się w końcu do sklepu zdecydowany na konkretny model. Jednak im więcej człowiek czyta tym większe ma wątpliwości co wybrać. Dlatego warto udać się do sklepu i przymierzyć do kilku rowerów. Najważniejsza jest dobra pozycja i dopasowanie do ramy aby po prostu jazda była przyjemnością, a nie męczarnią. Ważne aby rozmiar roweru był dobrze dobrany do postury rowerzysty. Naprawdę drugorzędną sprawą jest osprzęt, który i tak można przecież później wymienić.

W moim przypadku przy 187cm wzrostu i ponad 95kg wagi wybór padł na firmę GT model z 2011 roku  Avalanche 1.0 . Przymierzyłem kilka modeli rowerów firmy Kross, Unibike czy Kellys i to właśnie GT najbardziej mi pasował jeżeli chodzi o pozycję i komfort jazdy. A w dodatku, że była akurat jesień to także udało mi się sporo utargować z ceny w sklepie gdzie go kupiłem (posezonowa wyprzedaż).

Podstawowe dane roweru:

  • Siodełko : Wtb Pure-V Sport bardzo wygodne, lekko szersze i ładnie wyglądające. Zresztą co do siodełka to jedno jest pewne. Tyłek musi się do niego przyzwyczaić. Czyli swoje trzeba wyjeździć :-)
  • Rozmiar kół 26" wg mnie zupełnie wystarczające. Startowałem już w kilku rajdach, w ciężkim terenie. Jeździłem z kolegami, którzy mieli koła 29" i mogę stwierdzić, że nie widzę żadnej różnicy poza wizualna.
  • Korba Shimano Fc-M442, 44/32/22T z systemem Octalink.  Jest to bardzo sztywna konstrukcja. Po prawie 2 letnim użytkowaniu (około 3 tyś km) nie występują żadne luzy. Oferuje wymienne tarcze przednich zębatek co zaliczam na duży plus.
  • Opony : przód : Maxxis Mobster, 26X2.35" / tył:  Maxxis Mobster, 26X2.10. Po kilku jazdach jak dla mnie były zbyt toporne. Dawały duży opór choć w ciężkim terenie były bezkompromisowe. Zmieniłem na Schwalbe Smart Sam Performance Opona Drutowa 26 X 2.25. Taką samą szerokość na przód i tył. Prezentują się bardzo dobrze i w terenie sprawdzają się także wyśmienicie. Zaletą jest specjalny bieżnik, który na asfaltowej nawierzchni minimalizuje opory toczenia.
  • Przerzutka przednia: Shimano Deore, Fd-M590
  • Przerzutka tylna: Shimano Slx, Rd-M662-Sgs
  • Hamulec przedni: Shimano Br-M445, 180Mm
  • Hamulec tylny: Shimano Br-M445, 160Mm

Taki zestaw w 100% wystarcza na to aby zacząć przygodę MTB w terenie, polach i leśnych duktach.

Kilka przydatnych informacji, które znacznie poprawiają komfort jazdy i w które warto zainwestować, jak nie teraz to później:

  • Okulary rowerowe - w moim przypadku zakupione w sklepie Tchibo (niedrogie, a sprawdzają się idealnie)

  • Rękawice rowerowe - ja zainwestowałem w dobre rękawice firmy Specialized BG Gel, ze względu na jakość wykonania i specjalne żelowe wkładki, które rozwiązały u mnie problem drętwienia palców dłoni przy dłuższej jeździe. Rękawiczki używane intensywnie ponad rok, prane w pralce. Nie widać śladów zużycia polecam. Cena około 120zł.
  • Błotniki rowerowe - jakiekolwiek, takie aby chroniły przed błotem w trudnych warunkach pogodowych i terenowych. Większość błotników jest łatwo demontowana co jest ważne podczas przewożenia roweru samochodem,  bagażniku rowerowym lub gdy chcemy je szybko zdemontować podczas mycia czy konserwacji roweru,
  • Sakwa rowerowa na ramę ja chwale sobie w kształcie trójkąta przypinaną na rzepy do górnej ramy i wspornika siodełka. Ważne aby zmieściła się tam pompka, 2 dętki, zestaw kluczy i ściągacz do łańcucha. Ja mam model AR241N firmy Author (cena około 40zł)

 

  • Ściągacz do łańcucha naprawdę potrzebny aby nie wracać z rowerem na piechotę do domu
  • Spinki do łańcucha -  ważne aby w sklepie nam dobrali odpowiedni typ do łańcucha i kasety

  • Pompka - mała, składana do wentyli samochodowych, jak i typu presta
  • Łyżka do zdejmowania opony
  • Dętki - zabieram zawsze 2 szt.
  • Plecak rowerowy na dłuższe wyprawy to podstawa. W tym przypadku także zainwestowałem i nie żałuję.  Wybór padł na plecak firmy CAMELBAK model Mule z 2011 roku, wyposażony w 3L bukłak. Plecak nie jest tani bo kosztuje około 350zł ale jest naprawdę warty tej ceny. Dobrze dopasowany, lekki i z własnego doświadczenia powiem, że trwały. Przetrwał już nie jeden upadek i nie uległ żadnemu uszkodzeniu. W moim przypadku wybrany plecak ma pojemność 12L i w tylnej komorze ma możliwość umieszczenia 3L bukłaku. Bukłak jest bardzo dobrej jakości, z dużym wlewem (co jest ważne) i wykonany z materiału pokrytego od wewnątrz specjalną warstwą z dodatkiem srebra co eliminuje wszelakie zapachy i bakterie. I to mogę potwierdzić w 100%. Blisko 2 lata użytkowania i zero przykrych zapachów czy zanieczyszczeń. Jakość rurki i ustnika bardzo dobra. Polecam z czystym sumieniem.

  • Podpórka do roweru - tutaj pewnie narażę się wielu MTB-owcom ale dla mnie to nieodłączny element roweru. Po prostu wygoda. Przekonałem się o tym wielokrotnie gdy na wycieczce lub rajdzie, robiąc sobie przerwę, mogłem bez problemu, komfortowo postawić rower, czego innym się nie udawało i rzucali po porostu rower na ziemię lub szukali w okolicy drzewa do podparcia. Może nie wygląda to najlepiej na rowerze MTB ale ja stawiam na funkcjonalność. Co do modelu jest to ważne aby wybrać trwałe i mocne rozwiązanie. Ja używam podpórkę firmy Accent model Evo. Solidna konstrukcja , dobrze mocowana do ramy roweru. Wytrzymuje naprawdę wiele. Nie zauważyłem aby się poluzowała czy hałasowała, nawet podczas ostrych zjazdów. W 100% polecam. Koszt około 45zł.

  • Oświetlenie przód i tył. Jest wiele rozwiązań dlatego nie będę się rozpisywał.
  • Zestaw kluczy w zgrabnym opakowaniu aby zmieściło się do sakwy. Ja kupiłem w Selgrosie bodajże za 10zł.

  • Licznik rowerowy z podstawowymi parametrami jak prędkość czy przejechany dystans. Jak kupiłem w sklepie Tchibo za niecałe 30zł.
  • Bidon - najlepiej o pojemności 750ml gdyż napoje izotoniczne mają przeważnie taką pojemność.

Nie wszystkie rzeczy trzeba kupić od razu. Podstawowe to dętki, łyżka do ściągania opon z obręczy, pompka, bidon, kask i okulary. To jest absolutne minimum od którego trzeba zacząć. Jak we wszystkim zawsze trzeba podchodzić do zakupów z rozwagą. Na niektórych rzeczach nie warto oszczędzać, za niektóre nie warto przepłacać.

Pozdrawiam!

Komentarze (0)
HARPAGAN-47
 Oceń wpis
   

 Jazda rowerem sprawia mi wciąż wiele radości dlatego nie może zabraknąć krótkiego opisu wydarzenia, które na stałe już zagościło w moim amatorskim kalendarzu startów. Mowa oczywiście o Ekstremalnym Rajdzie na Orientację Harpagan 47. Wiosenna edycja odbyła się w dniu 12/04/2014 ,w okolicach miejscowości Bożepole Wielkie, około 20km na zachód od Wejherowa.

To był już mój trzeci start i muszę powiedzieć, że od pierwszego (H-45) dużo się zmieniło w moim zakresie przygotowań i podejściu do zawodów.  

Zawody w Bożympolu Wielkim były przygotowane, jak zwykle profesjonalnie. Ekipa na H-47 nieco zmieniona niż poprzednie 2 edycje. Marcin K. niestety nie mógł uczestniczyć ale za to miałem 2 nowych kompanów wyprawy : Dominika i Marcina B. oraz oczywiście Mariusza G. Dominik i Marcin pierwszy raz startowali w Harpaganie, choć kilka wypraw rowerowych razem już popełniliśmy:-)

Mądrzejszy o doświadczenia z poprzednich edycji, do wiosennych zawodów zacząłem przygotowywać się już w styczniu. Przygotowywać to może zbyt poważne określenie ale musiałem zmobilizować się aby kondycyjnie być lepiej przygotowanym niż wiosna ubiegłego roku. Przygotowania polegały na w miarę regularnym jeżdżeniu na rowerku stacjonarnym. 3-4 razy w tygodniu po 1 godzinie jazdy, gdzie w czasie jednego treningu przejeżdżałem średnio 25km. Po około 2 tygodniach tempo jazdy zaczęło być stabilniejsze, a organizm przygotowywał się do wysiłku, a tyłek do siodełka. I taki prosty trening wzbogacony w cieplejsze dni marca i kwietnia o jazdę na normalnym rowerze, pozwoliły mi z optymizmem patrzeć na zawody.

Wreszcie nadszedł dzień zawodów. Pogoda dopisała. Choć było rześko ale najważniejsze, że nie padało. Ponieważ jechała nas 4-ka, to ja zabrałem po drodze Dominika, a Mariusz Marcina. Na miejsce przybyliśmy jakieś 1.5h przed startem. Szybka rejestracja w bazie zawodów, pobranie numerów startowych i przygotowanie roweru do jazdy. Poziom adrenaliny zaczynał się podnosić im bliżej było do godziny startu. 

Mapy jak zwykle rozdano nam 1-2 minuty przed startem. Mieliśmy 9 godzin na pokonanie trasy i zdobycie 12PK. Krótka narada odnośnie kierunku jazdy i w drogę. Wybraliśmy opcje pętli w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara. I jak się okazało był to bardzo dobry wybór.

Do połowy zawodów mieliśmy dosyć łatwy profil trasy. Przez wiele kilometrów zjeżdżaliśmy w dół w stronę Żarnowca, mijając po drodze tych, którzy w mozole wspinali się jadąc w przeciwnym kierunku. W takich zawodach i w przypadku amatorów jak my, wybór właściwego kierunku jazdy jest bardzo ważny. Na szczęście i tym razem się udało! Zachęceni dobrym wynikiem z H-46 (zdobytych 11PK z 12) nastawialiśmy się na zdobycie wszystkich 12PK bez  żadnej kalkulacji.  Trudność trasy i dosyć duże odległości między PK szybko jednak zweryfikowały nasze plany. Pierwszy PK zdobyliśmy po blisko godzinie jazdy. Później narada i decyzja, że odpuszczamy te PK, które są słabo punktowane. Najważniejsze aby zmieścić się w czasie i nie otrzymać punktów karnych.

Podsumowując udało nam się zdobyć 9PK w regulaminowym czasie. Zawody oceniam jako najtrudniejsze technicznie, porównując do tych które odbywały się wcześniej. Najtrudniejsze były 2 bardzo strome podjazdy, szczególnie ten w Żarnowcu gdzie trzeba było wspinać się w żółwim tempie pod bardzo strome wzniesienie (wielu zsiadało z rowerów i podchodziło, my daliśmy radę i wjechaliśmy!)

Najtrudniejsza była końcówka, ostatnie 45min jazdy, gdzie po wyjechaniu na szosę w Strzebielinie, pędziliśmy ile sił w nogach przez jakieś  5-6km aby zdążyć przed upływem limitu czasu. Udało się. Na metę wpadliśmy jakieś 10min przed czasem. Zmęczeni ale szczęśliwi. Analizując trasę okazało się, w sumie pokonaliśmy równo 120km, czyli 20% więcej niż w takim samym czasie, w jesiennej edycji H-46. Na mecie spotkaliśmy znajomych, którzy startowali w zawodach pieszych na trasie 25km. Zdobyli wszystkie PK w regulaminowym czasie. Gratulacje! Końcowe wyniki pokazały, że w naszej kategorii TR100 uplasowaliśmy się w połowie stawki, co na 239 startujących jest zupełnie przyzwoitym wynikiem!

Podsumowując.

Zawody Harpagan-47 można uznać za bardzo udane. Dojechaliśmy wszyscy do mety, dojechaliśmy bezpiecznie , w bardzo dobrych humorach. Bo przecież czy może być coś lepszego i bardziej motywującego jak pokonywanie własnych słabości, walka ze zmęczeniem, jazda w świetnym towarzystwie, odkrywanie nowych miejsc i podziwianie pięknych, polskich krajobrazów?  :-)

Komentarze (0)
HARPAGAN-46
 Oceń wpis
   

Kolejna edycja ekstremalnego rajdu na orientacje za nami. Harpagan-46 był moim drugim startem w tej imprezie. Wiosenna 45-ta edycja była masakrycznie ciężka i podobnej spodziewałem się teraz. Jesienne zawody rozegrały się w Kwidzynie i jak się później okazało były rekordowe jeżeli chodzi o liczbę uczestników, których w sumie było aż 1041! W mojej rowerowej kategorii na 100km wystartowało 219 zawodników.

Skład na Harpagana-46 był taki sam jak w edycji wiosennej, czyli Mariusz, Marcin i ja. Pierwsze wyzwanie to pobudka o 4.30 (brrrr). A na dodatek w nocy przymrozek. Prognoza pogody dla Kwidzyna zapowiadała temperaturę blisko 0 stopni ale przynajmniej miało nie padać.
Zrywam się rano, jem śniadanie, pakuję przygotowane wcześniej rzeczy, rower na dach i jazda po Marcina, którego mam odebrać z Oliwy. Z Mariuszem spotykamy się na obwodnicy 3Miasta i ruszamy w stronę Kwidzyna. Dookoła ciemno, a w drodze towarzyszy nam wielki, srebrzysty księżyc. Z Marcinem rozmawiamy, że zawodnicy startujący w kategorii pieszej na 100km musieli nieźle dostać w kość, zimno, wilgoć w powietrzu i jedyny plus to rozświetlający ciemności księżyc.

Dojeżdżamy do Kwidzyna. Pokonując nowy most na Wiśle widzimy rowerzystów, którzy rozpoczęli już swoje zmagania na trasie 200km. Twardziele bo w okolicach Wisły piekielna mgła, ledwo co widać, a zdarzali się i tacy, którzy nie mieli żadnego oświetlenia! (głupota i tyle).

Dojeżdżamy do bazy po 7-ej z rana. Udajemy się do biura zawodów. Szybka rejestracja,odebranie numerów startowych i chipów. Mamy coś koło 30min aby się przebrać i przygotować rowery do rajdu. Zdejmując rowery widzimy jaki jest chłód bo pozamarzały zamki, a siodełka pokryły się warstwą cienkiego lodu. W tych warunkach ciepłe ciuchy to podstawa: czapka, długie rękawice i polar. Później w trakcie rajdu nie mogłem nadziwić się widząc zawodników, którzy jechali w krótkich spodenkach!

Na miejsce rozpoczęcia zawodów wpadamy na 5min przed startem. Dostajemy mapy i krótko omawiamy strategię.

Biorąc pod uwagę doświadczenia z wiosennej edycji oraz skalę trudności, decydujemy, że z 12PK zrobimy max 9 lub 10, zobaczymy jak wyjdzie w trakcie jazdy. Start, pierwszy cel to PK1. Nasz kierunek to okrąg północ-wschód-południe i zachód. Po około 30min zaliczamy PK1, jest dobrze. Pierwsze koty za płoty. Zimno jak diabli ale na szczęście od czasu do czasu przyświeca nam słoneczko. Teraz kolejny punkt. Kierujemy się głównymi drogami aby w odpowiednim momencie odbić w las i odnaleźć ukryty PK. Przy drugim PK popełniam błąd i namawiam chłopaków na skrót, który wg mapy dawał nam szansę na znaczne skrócenie trasy. Brniemy leśną ścieżką, mając nadzieję, że za zakrętem ukaże nam się to co na mapie wydawało się pewniakiem.Niestety pasujemy dochodząc do leśnej gęstwiny. Robimy to co powinniśmy zrobić od początki, czyli wracamy na główną drogę i kierujemy się nią do drugiego naszego PK. Po drodze mijają nas inni zawodnicy.

To jest to co uwielbiam w Harpaganie. Niesamowicie miła atmosfera, ludzie pozdrawiają się w trakcie zawodów, pomagają sobie, wskazują jak dojechać do PK, który zdobyli. Zupełnie inna atmosfera niż w zwykłych zawodach MTB, gdzie zawodnicy pędzą na złamanie karku do mety. Wreszcie mamy kolejny PK, nasz drugi z 12-tu przygotowanych przez organizatorów. W tym miejscu mamy dylemat czy jechać na PK12 (najwyżej punktowany), najdalej oddalony i pewnie nieźle ukryty. Pomni wiosennej walki z czasem i świadomi, że może brakować nam później sił decydujemy się odpuścić PK12. Jedziemy dalej. Organizm przyzwyczaja się do warunków i wysiłku. Idzie nam zupełnie nieźle. Kolejne PK znajdujemy praktycznie bezbłędnie! Współpraca wychodzi nam naprawdę dobrze. Osobiście zakładałem, że jak zdobędziemy 7-8 PK to będzie już nasz sukces. Na PK9, po dobrych 6 godzinach jazdy, z niesamowitą radością natykamy się na rozpalone ognisko. Nawet kilka minut przy jego cieple jest niewiarygodną przyjemnością. Muszę tu wspomnieć o jeszcze jednym aspekcie , a mianowicie - parówkach. Przy ognisku Mariusz częstuje nas parówkami jedynkami. W tym momencie to niesamowita ambrozja dla mojego żołądka. Nawet nie czekałem na jej podpieczenie w ognisku tylko od razu spałaszowałem. Dzięki jedynkom złamaliśmy trochę smak energetycznych żeli, czystych cukrów, napojów izotonicznych i tego wszystkiego co ma pomóc zawodnikom podczas wysiłku.

Kontynuujemy rajd. Przed nami 3 ostatnie PK do mety. Dwa z trzech znajdujemy bez problemów. Ostatni na mapie także wydaje się łatwy. Jedziemy szosówką i wg mapy w połowie długości powinna być odbicie w prawa stronę. Już przy końcu podjazdy orientuje się, że coś jest nie tak. Widzę tablicę z miejscowością, która miała być o wiele później. Ta fajna droga w prawo okazała się być nieczynnym torem kolejowym. Dojeżdżają do nas inni zawodnicy z tym samym problemem. Część decyduje się wrócić i zdobyć punkt od innej strony. Na szczęście od nieopodal widzę mieszkańca tej miejscowości. Pytam się czy można jakoś się przebić , udając się na azymut PK. Potwierdza, że jest tam ścieżka ale w lesie może trudno być ją znaleźć. Decydujemy się jednak spróbować. Jedziemy przez las i natykamy się na teren prywatny i ogrodzenie. Patrząc na uciekający czas postanawiamy zrezygnować i wracać do głównej drogi. nagle zauważamy na leśnej drodze dwie osoby. Podjeżdżamy i pytamy się jak przedostać się za rzeczkę (bo ostatni PK znajdował się właśnie za nią). Niestety nie znają dobrze okolicy ale radzą nam aby podjechać na tor motokrosowy bo tam pewnie wskażą nam właściwą drogę. Tak robimy. Jedziemy 200-300 metrów i po chwili wjeżdżamy na tor motokrosowy gdzie właśnie 2 zawodników pędzi po krętym torze co chwila skacząc z przegotowanych ku temu rampach. Podjeżdżamy do grupy kibiców i pytamy się o drogę. Na szczęście można się tam dostać pokonując po drodze motokrosowy tor. Ostrożnie go pokonujemy, uważając przy okazji aby, któryś z motocyklistów nie wskoczył nam na głowę. Przeprowadzamy rowery i widzimy wąską ścieżkę wiodącą w las. Wsiadamy na rowery i jedziemy. Pozostało jakieś 45min na ewentualny powrót. Stromy zjazd w dół i dojeżdżamy do strumyka. Po drodze mijamy zawodników pieszych, którzy potwierdzają, że ostatni nasz PK znajduje się kilkadziesiąt metrów od nas. To miód dla naszych uszu. Jesteśmy mega szczęśliwi, że nam się udało. Teraz decyzja co dalej. Mariusz z Marcinem skłaniają się aby wracać tą samą droga przez tor motokrosowy. Ja bardziej czuję, że powinniśmy kierować się wzdłuż strumyka, obierając Kwidzyn za azymut. Liczę na to, że widoczne na drzewach znaki szlaku turystycznego, muszą prowadzić do miasta. Jak się później okazało był to właściwy wybór.Część zawodników wybiera także tę opcję.

Jedziemy wzdłuż strumyka ile sił w nogach. Upływający czas i adrenalina skutecznie pomagają zapomnieć o zmęczeniu. Po kilku kilometrach leśną droga dojeżdżamy do Kwidzyna. Dalej kierujemy się już główną drogą do centrum Kwidzyna. Po prawej stronie widać parking, po lewej metę zawodów. Przekraczamy ją z zapasem 30min. Radość niesamowita i jednocześnie pytanie czy jak nie zrezygnowalibyśmy z PK12 na początku rajdu, to czy udało by się nam ustrzelić 12/12 PK? Trudno, teraz już nie ma co tego rozpamiętywać. Podjęliśmy wówczas taką decyzję i tego planu się trzymaliśmy. I tak uważam, że to niesamowity nasz wyczyn i progres w stosunku do wiosennego Harpagana-45. Zdobyliśmy 11 z 12 PK i zmieściliśmy się w czasie. Osobiście plan zrealizowałem nawet z nawiązką.
W tym miejscy ogromne podziękowania dla Mariusz i Marcina za wspaniałą współpracę i atmosferę.

Już za 6 miesięcy kolejna 47-ma edycja Harpagana. Na pewno mnie na niej nie zabraknie!
 

Komentarze (2)
VI edycja jesiennego rajdu MTB w Kościerzynie
 Oceń wpis
   

Kolejne wyzwanie w amatorskim dorobku MTB to udział w VI-ej jesiennej edycji rajdu w Kościerzynie.
Miało być łatwo, miło i przyjemnie, a w rzeczywistości rajd, pod względem technicznym, był jednym z najtrudniejszych . Niedzielny poranek 22 września 2013. Niebo zachmurzone, pada lekki deszcz, a tu trzeba wstać, zapakować rower na dach i stawić się w Kościerzynie . Jadę z Mariuszem z grupy MTB Holte. Dojeżdżamy do Kościerzyny koło 9-ej. Meldujemy się w biurze zawodów i odbieramy numery startowe oraz chipy do rejestracji czasu. Zawodników coraz więcej. Są także zawodowcy bracia Banach i Ebertowski. Miejsca na podium z góry rozdane:-) Ci zawodnicy to inna liga ale przecież nam chodzi o coś innego.

W moim przypadku to zawsze są 3 cele: sprawdzić siebie, pokonując własne słabości, bezpiecznie dojechać do mety i nie być ostatnim. Trasa 65km nie wydaje się czymś dramatycznym, szczególnie w odniesieniu do rekordu sezonu (187km!), który 2 tygodnie wcześniej wykręciliśmy jadąc z GDK nad otwarte morze.

Impreza zorganizowana profesjonalnie. O 11-ej ruszamy w trasę. Pierwsze km połykamy w bardzo dobrym tempie, trzymając się za czołówką i mając za sobą sporą grupę zawodników. Do 10km wszystko idzie dobrze, aż na szybkim zjeździe ucieka mi koło w piachu i w spektakularny stylu zaliczam glebę. Pierwsza myśl czy jestem cały? Na szczęście tak. Nic nie połamane choć czuję, że mięśnie uda są poobijane. Nadjeżdża Mariusz i pomaga mi wstać i zejść z drogi, po której inni zawodnicy pędzą krzycząc.spadać ze środka drogi !!!. Oceniam straty połamany przedni błotnik, który jakoś udało mi się przykręcić. Mówię do Mariusza, że już sobie poradzę i przekonuję go aby jechał dalej. Szkoda czasu. Jestem mu wdzięczny za to, że się zatrzymał i kosztem swowjegowyniku pomógł mi jakoś się ogarnąć po tym wypadku. Po chwili wsiadam na rower i jadę ale cos jest nie tak. Błotnik lata, kierownica krzywa. Zatrzymuje się ponownie. Zdejmuje błotnik, który wędruje do plecaka i stwierdzam, że podczas upadku pękło jego mocowanie. Prostuje także kierownicę, wsiadam na rower i kontynuuję wyścig. Przy okazji stwierdzam, że prawy róg kierownicy jest także przekrzywiony. Ponownie ochronił mi dłoń, tak samo jak podczas feralnego upadku podczas wiosennego Harpagana . Powoli się zbieram i jadę za grupą zawodników, którzy wystartowali w drugiej grupie po 15-tu minutach za nami.

Wjeżdżamy w trudny etap wyścigu. Wąska trasa między drzewami, w niektórych momentach trzeba było schodzić z roweru aby pokonać strome przesmyki. W takich warunkach nie dało się szybko jechać ani kogokolwiek wyprzedzić. Po jakimś czasie wyjeżdżamy na szersze, szutrowe drogi. Tam mijam grupkę zawodników i podążam już sam za moją grupą. W oddali widzę pojedyncze sylwetki zawodników. Z kilometra na kilometr jedzie mi się już lepiej. Powoli mijam jednego zawodnika, po kilku kilometrach następnego. W sumie udało mi się wyprzedzić może 7 lub 8-miu z nich.
Trasa jest trudna technicznie. Najgorsze były wąskie, kręte ścieżki, przeplatane wystającymi korzeniami drzew. Wyjazd na trochę dłuższą szutrową drogę lub asfaltowy odcinek był mega przyjemnością. 
Kilometry powoli mijają i p 3h40min dojeżdżam do mety! Mariusz przyjechał kilkanaście minut wcześniej. Jest dobrze. Cel osiągnięty. Adrenalina buzuje w żyłach, a radość z ukończenia wyścigu jest bezcenna.

Zmęczeni udajemy się zjeść ciepły posiłek przygotowany przez organizatorów. Nieopodal odbywa się dekoracja zwycięzców (he,he...Banach i Ebertowski) . Po odpoczynku pakujemy sprzęt na bagażnik i wracamy do domu.

Kolejny rajd w sezonie 2013 zaliczony! Amatorsko jestem zadowolony i spełniony. Przed nami, już za miesiąc, ostatnia odsłona sezonu -  jesienna edycja RJnO Harpagan-46 w Kwidzynie.
 

Komentarze (0)
Pompowany balonik wreszcie pękł na dobre...
 Oceń wpis
   

No i pozamiatane. ME siatkarzy w Gdańsku zakończyły się dla polskiej reprezentacji już w barażach do ćwierćfinałów (btwdokładnie tak samo jak nasi kopacze na ME2012 także w Gdańsku).
Powiem szczerze, że już pierwszy mecz z Turcją pokazał, że ta reprezentacja nie miała argumentów aby pretendować w tym turnieju do medalu ME. Coś się zacięło po finale ligi światowej w 2012, gdzie odnieśliśmy niewątpliwy sukces, zdobywając 1-sze miejsce, i niestety trwa aż do dziś. W tym zespole nie ma chemii i ten kto choć trochę poznał siatkówkę od tej drugiej strony wie co mam na myśli. Szkoda, bo kolejna impreza bez sukcesu. Napompowany balonik pękł. Myślę, że będzie zmiana zarówno w sztabie szkoleniowym, jak i w samej reprezentacji. Już za rok mistrzostwa świata.zobaczymy czy Polska reprezentacja podniesie się z kolan.
Jest jeszcze jeden temat, który trudno pominąć przy okazji rozważań nt. ME2013 w siatkówce, rozgrywanych między innymi w Gdańsku. Tak prestiżowa impreza, a zero reklamy. Nie oczekiwałem nagłośnienia i organizacji jak w przypadku ME w piłce nożnej w 2012 ale minimum tego aby mieszkańcy 3miasta i turyści poczuli ta atmosferę wielkiej, europejskiej imprezy. Po drugie koszt biletów. Na mecze w Ergo Arenie bilet na jeden mecz grupowy w średniej jakości miejscu, kosztował ponad 100zł. Chcąc pójść z rodziną, kieszeń drenowana była straszliwie. Pytam się gdzie tu promocja sportu? Dlaczego Ministerstwo Sportu nie dofinansowało takiej imprezy i nie dołożyło się do biletów aby zwykły kibic mógł spokojnie kupić bilet i pójść na mecz? Koncert Madonny na Narodowym jakoś można było dofinansować grubymi milionami! Wynikiem tego były pustki na trybunach. Nawet w meczach gdzie grali nasi hala nie była wypełniona po brzegi. Przecież takie bilety powinny być w cenie max 50zł! Polscy kibice choć szaleni w dopingu to nie dali się frajersko naciągnąć i pokazali środkowy palec Polskiemu Związkowi Piłki Siatkowej!
 

Komentarze (0)
Ku przestrodze i pokrzepieniu innych....
 Oceń wpis
   

Opiszę swój przypadek jaki mnie spotkał w związku z zakupem smartphona w sieci sklepów RTV EURO AGD , oficjalnie EURO-net Sp.z o.o. Otóż 30/08/2013 zakupiłem w sklepie w Gdańsku, Złota Karczma 26, telefon-smartphon. Na drugi dzień, tj. 1/09/2013 okazało się, ze telefon nie łapie GPS-a. W dniu 2/09/2013 telefon zawiozłem do sklepu celem złożenia reklamacji. Sprzedawca przyjął zgłoszenie gdzie w protokole reklamacji zawarłem, ze w przypadku stwierdzenie uszkodzenia, chce wymiany telefonu na nowy.
Po 14 dniach braku odpowiedzi ze sklepu EURO-net Sp.z o.o. zadzwoniłem do BOK z pytaniem o status mojej sprawy. W odpowiedzi otrzymałem odpowiedz, ze zgodnie z dyspozycja w formularzu reklamacji jest zapis, ze podstawa reklamacji jest gwarancja producenta....WTF , a co ma być???
Poinformowano mnie, ze telefon został wysłany do serwisu i nie wiedzą kiedy będzie odpowiedź. Jeżeli chcę sie dowiedzieć to muszę do nich bezpośrednio zadzwonić. Przekonany, że racja jest po mojej stronie i ze w ciagu 14 dni od złożenia reklamacji powinienem dostać ze sklepu decyzje, zadzwoniłem do Wojewódzkiego Inspektoratu Inspekcji Handlowej w Gdańsku.
I tu się zaczyna najciekawsza historia.
Dowiedziałem sie , że:
-jest to typowy przykład wykorzystywany przez sprzedawców, którzy przerzucają reklamacje na serwis i nie biorą za to odpowiedzialności ze względu na to, ze w protokole reklamacji jej podstawą jest GWARANCJA PRODUCENTA, a nie USTAWA KONSUMENCKA
-powołanie sie na ustawę konsumencka sprawia, ze to sklep ma obowiązek w ciągu 14 dni rozpatrzyć reklamacje i to sklepowi zależy aby serwis wydał opinie na jej temat asap. Po 14 dniach jeżeli konsument nie ma odpowiedzi to z automatu sklep uznaje reklamacje i ma obowiązek rozpatrzyć ją zgodnie z życzeniem klienta, sprecyzowaną w protokole reklamacji (wymiana sprzętu na nowy, naprawa lub zwrot pieniędzy)

W moim przypadku pracownik EURO-net Sp.z o.o. nie zapytał  mnie jaka ma być podstawa reklamacji, a w protokole wpisał , ze podstawą reklamacji jest GWARANCJA PRODUCENTA. W konsekwencji zrzucił ze sklepu całą odpowiedzialność i przerzucił ją na serwis, który powołuje się na zapisy karty gwarancyjnej które stanowią, że:
1) serwis ma 21 dni roboczych na analizę reklamacji....uwaga od momenty dostarczenia reklamowanego towaru do serwisu przez sklep. Ile czasu ma sklep na dostarczenie towaru do serwisu nie jest sprecyzowane. W moim przypadku sklep wysłał reklamowany sprzęt 13-ego dnia, po tym jak złożyłem reklamację.
2) kolejny zapis w karcie gwarancyjnej stanowi, ze w przypadku konieczności wysłania sprzętu na dodatkowe testy np.do producenta lub konieczność ściągnięcia części zamiennych, termin naprawy sprzętu może ulec wydłużeniu ale serwis dołoży starań aby był to czas jak najkrótszy. Czyli kolejny brak precyzyjnego terminu kiedy reklamowany sprzęt będzie naprawiony!

Bolesna nauczka dla mnie bo za telefon zapłaciłem, jest w serwisie i nie wiem dokładnie kiedy otrzymam sprawny towar :-(

Wniosek jest taki, ze w przypadku reklamacji towaru w sklepie, w protokole reklamacji zawsze trzeba wpisać jako podstawę reklamacji "USTAWĘ KONSUMENCKĄ", na niezgodność zakupionego towaru z opisem sprzedawcy. Wówczas to sklepowi będzie zależało aby w ciągu 14 dni załatwić sprawę. W innym przypadku, powołania się na gwarancję producenta, z problemem zostajemy sami, czekając tylko kiedy serwis rozpatrzy naszą reklamację, w mgliście sprecyzowanym terminie....i to najgorsze , że wszystko zgodnie z literą prawa.

Człowiek zawsze uczy się na błędach...

 
 

Komentarze (0)
Kaszebe MTB - 2013
 Oceń wpis
   

No i cóż po przygodzie z Harpaganem-45 myślałem, że nic mnie już nie zaskoczy. A tu równie miłe wspomnienia mam z pierwszej edycji rajdu Kaszebe MTB. Młodszej odmiany znanej, szosowej  imprezy Kaszebe Runda, organizowanej przez Stowarzyszenie RowerOver.

Sobotni poranek, 25 maj 2013 roku. Pogoda paskudna, najgorszy dla rowerzysty scenariusz, czyli ponuro i deszczowo. Przełamuje jednak lenistwo, pakuję osprzęt i prowiant do plecaka i z rowerem na dachu auta, ruszam do Kościerzyny. Po przyjeździe miłe zaskoczenie, przestało padać, a Hotel Bazuny, na którego terenie zorganizowano bazę rajdu, miło wita uczestników. Udaję się do biura zawodów, gdzie sprawnie i szybko załatwiam sprawy organizacyjne. Ponieważ jest jeszcze sporo czasu do startu zamawiam czarna kawę, która smakuje wyśmienicie. Pogoda się poprawia, najważniejsze, że przestało padać.

Ekipy rowerowej, z która jadę tj. Mariusza, Marcina i Dominika - jeszcze nie ma. Postanawiam więc na spokojnie się rozpakować i przygotować do rajdu. Chłopaki wreszcie docierają. Widzimy jak wokół nas z minuty na minutę zbiera się coraz więcej uczestników. Adrenalina powoli zaczyna się podnosić.

Trudno powiedzieć coś o trasie. Zapisaliśmy się oczywiście na najdłuższy dystans 2x40km (dlaczego mnie to nie dziwi...). Dystans 80km jest w moim zasięgu ale mam obawy gdyż ostatni turystyczny wypad w te rejony, gdzie pojechałem szlakiem wokół krzyża jezior wdzydzkich, dawał mi pewne wyobrażenie co do trudności trasy MTB Kaszebe.

Wreszcie nadchodzi godzina startu. Na mecie formuje się peleton, który do pierwszego wjazdu do lasu prowadzi zmotoryzowany pilot. Jedziemy, atmosfera miła, pierwsze kilometry - zwarta grupa, w której ja się trzymam...jeszcze. Od 5-6 kilometra widzę jak powoli odjeżdża grupa. Coraz trudniej przychodzi mi dotrzymywać koła moim trzem kolegom. O nie, nie spokojnie - myślę sobie, nie daj się wciągnąć w tą zgubna pętlę ambicji. Odpuszczam, jadę swoim tempem. Praktycznie cały wyścig jadę sam. Powoli zdobywam kolejne kilometry. Wokół mnie piękne krajobrazy. Okolica, można powiedzieć, stworzona dla rowerzystów. Trasa świetnie oznakowana. Na każdym skrzyżowaniu organizatorzy umieścili drogowskazy, pokazujące gdzie należy skręcić. Wręcz nie sposób zabłądzić. Mijam kolejne zagajniki, lasy, łąki....pięknie. Staram się kontrolować tempo jazdy aby zmieścić się w czasie 6 godzin. Na około 20km dojeżdżam do skraju jeziora, gdzie spotykam Mariusza, Marcina i Dominika. Wymieniamy kilka uwag i ruszamy dalej. Chłopacy śmigają do przodu, ponownie widzę przed sobą znikające 3 punkty:-) Jadę dalej swoim tempem. Powoli narasta zmęczenie, a to głównie za sprawą piaszczystej nawierzchni....brrr nie cierpię tego. Jadąc przez piach czuję jak uchodzi ze mnie energia. Na szczęście odcinki piaszczyste przeplatane są bardziej utwardzonymi, leśnymi duktami, gdzie można trochę odpocząć.

Mijam 30km i odcinam kupony do finałowej 40-tki:-) Dojeżdżam do "piekielnej góry piachu" gdzie nie sposób inaczej jej zdobyć jak pchając rower przed sobą. Gramolę się na sam szczyt, przy rytmach ludowej melodii, którą z instrumentów wydobywa regionalny zespół ludowy. Na szczycie dostaje oklaski, a organizatorzy dobrym słowem, zachęcają do dalszej rywalizacji:-) W głowie pojawia mi się pytanie czy znajdzie się jakiś hero, który tą górę pokona na rowerze...

Po tej "piekielnej górze" mam nadzieję, że to już łatwy przedsionek pół-mety. A tu zamiast łatwiej, jest trudniej. Ciągle pod górę i ten cholerny piach:-(.Zatrzymuje się aby chwilkę odpocząć. Mijają mnie dwaj zawodnicy, których nie tak dawno wyprzedzałem, a których tempo nie wskazywało wówczas, że zdołają mnie wyprzedzić:-) Zbieram się w sobie i jadę. Po kilku kilometrach dojeżdżam do mety. Pierwsze 40km zaliczone! Z euforii wybija mnie pytanie sędziego - kończymy, 60-tka, czy 80-tka ? Chwila wahania ....jadę 80-kę.

Przed startem na druga pętlę robię 15 minutowy odpoczynek. Rozmawiam z jednym z organizatorów, podkreślając, że naprawdę profesjonalnie przygotowali imprezę. Wciągam 2 snickersy, popijam izotonikiem i ruszam w dalszą trasę.

Druga pętlę jadę spokojnie. Zmęczenie zaczyna narastać. Na większych podjazdach schodzę  z roweru i pokonuje je pieszo....i ten cholerny piach, który jak pijawka wysysa ze mnie resztkę energii. Nie poddaje się, po krótkim odpoczynku wsiadam na rower i pokonuje następne kilometry. Wreszcie jest 70-ka, jeszcze tylko albo aż 10km! Psychicznie przygotowuje się na diabelską górę , na której szczycie przygrywa ludowa kapela. Zaraz, zaraz coś tu nie gra. Tędy jeszcze nie jechałemzgubiłem się! Zastanawiam się co robić. Wracać i szukać trasy bez mapy i kompasu, może być ryzykowne. Wybieram bezpieczniejsza opcję. Dojeżdżam do asfaltowej drogi i kieruję się do najbliższej wioski gdzie jeden z napotkanych mieszkańców wskazuje mi kierunek do Kościerzyny. Przede mną jakieś 10-12km. Zerkam na zegarek powinienem zdążyć.

Docieram na rogatki Kościerzyny od wschodniej strony. Niestety trochę nadłożyłem drogi. W końcówce wracam na właściwa trasę rajdu i po 5h i 34min przekraczam linię mety! Widzę, że Mariusz i Dominik już są na miejscu. Dominika jeszcze nie ma. Jak się później okazało pobłądził w tym samym miejscu co ja, za sprawą   jakiegoś dowcipnisia, który zabrał i przestawił oznakowanie rajdu. To dlatego na 70km pojechaliśmy w zupełnie przeciwną stronę niż trzeba było.

Podsumowując, pokonałem po raz kolejny własne słabości i ukończyłem pierwsza edycję MTB Kaszebe. Kolejny raz udowodniłem sobie, że można pokonać własne słabości i na przekór wszystkiemu dojechać do celu. Gratuluję chłopakom, którzy również ukończyli rajd! Każdy na mecie był zwyciężcą!

Podziękowania grupie RowerOver za wspaniale przygotowaną imprezę. Trasa wg mnie trudna ale zabawa przednia. Mam nadzieję, że MTB Kaszebe na stałe zagości w kalendarzu imprez MTB. Jeżeli tak to na kolejnej edycji na pewno mnie nie zabraknie!

Komentarze (2)
Tego nie zapomnę nigdy - Harpagan 45
 Oceń wpis
   

45-ta edycja Ekstremalnego Rajdu na Orientację.....na zawsze pozostanie w mojej pamięci jako fizycznie namacalny (w pełnym tego słowa znaczeniu!) dowód na przekroczenie granicy własnych możliwości. Jednak zacznijmy od początku. O Harpaganie usłyszałem pierwszy raz w ubiegłym roku, jak zacząłem uprawiać turystykę rowerową. Znajomy namawiał mnie na jesienną 44-tą edycję ale wówczas jeszcze nie byłem do tych zawodów przygotowany, zarówno fizycznie, psychicznie i sprzętowo. Obiecałem sobie, że wrócę do tematu na wiosnę. Zimowe miesiące mijały i nadszedł czas decyzji....a raczej odpowiedzi na wyzwanie mojego znajomego, który rzucił hasło "...startujemy?"  - no tak, chyba tak...tak.

No i się zaczęło. Na kilka tygodni przed rajdem postanowiłem powoli ruszyć z miejsca po zimowej przerwie. Nie wiedziałem nic o Harpaganie. Zacząłem szperać w internecie, czytać relację starych wyjadaczy, jak i tych co startowali pierwszy raz. Im więcej czytałem, tym bardziej docierało do mnie, że będzie ciężko....i było ciężko, cholernie ciężko. Przygotowywałem się od zera zaczynając jazdę na stacjonarnym rowerze treningowym. Ustaliłem sobie harmonogram tygodniowy. 3 razy w tygodniu 18 minutowy trening na zwiększenie wytrzymałości metodą H.I.I.T. przeplatany dwoma dniami dłuższej jazdy w granicach 20km. Ostatnie treningi kończyłem jeżdżąc 50km i oglądając przy okazji 2 odcinki serialu "Walka o tron" :-) Postanowiłem też zainwestować w dobry plecak rowerowy z bukłakiem i mapnik na kierownicę aby jakoś próbować nawigować....choć nigdy wcześniej tego nei robiłem. Mapnik i kompas okazały się najbardziej przydatnymi rekwizytami podczas wyścigu.

W bazie wyścigu stawiam się 20 kwietnia 2013, kilka minut po 7-ej. Start zaplanowano na 8h30, jest więc okazja aby się na spokojnie rozejrzeć i psychicznie przygotować do startu. Jadę z dwójką znajomych. Plan jest taki aby dojechać i zdobyć minimum 1 punkt kontrolny , co pozwoli nam być skalsyfikowanym.

Zasady rajdu i trasy rowerowej TR100 były proste: przejechać trasę w czasie 8 godzin, zdobyć wszystkie punkty kontrolne  i zameldować się na mecie. Na minutę przed wspólnym startem rozdają nam mapy. Cholera jakie to wszystko małe i nieprecyzyjne. Widzimy jak masa "rajdowców" opuszcza bazę i udaje się na trasę rajdu. Staramy się ustalić plan rajdu. Ja i "sąsiad" Mariusz znamy trochę tereny wokół Kolbud dlatego wybieramy drogą na Łapino w kierunku PK1  i PK3.  Mapa w mapnik, kompas na dłoń i jazda. Pierwsze kilometry na dużej adrenalinie. Jedziemy razem, co chwila wyprzedzają nas "firmowcy". Jedziemy realizujemy plan. Na mnie spoczywał obowiązek nawigacji, na szczęście Marcin przez cały czas mnie wspierał - co nie ukrywam bardzo mi pomagało. Pierwsze kilometry i pierwsze wątpliwości, skręcić tu czy dalej, czy to ta droga czy następna. Jakiś chłopaczek mija nas 3 razy jadąc swoim tempem. Pewnie miał niezłą bekę z "nowicjuszy" :-)

Odbijamy z głównej drogi kierując się w stronę naszego pierwszego PK nr 3. PK nr 1 odpuszczamy  jako nie warty utraty sił i małej punktacji wagowej. Odbijamy w lewo. Widzimy jak grupa przed nami jedzie dalej główną drogą. Pojawiają się pierwsze wątpliwości czy to była dobra decyzja ale jedziemy. Staram się nawigować ale mapa w skali 1:100 000 nie pomaga, a ścieżek w lesie coraz więcej i jak na złość nie ma ich zaznaczonych na mapie:-) Jedziemy dalej. Miło nam się zrobiło gdy jednym jedna z krzyżówek w lesie wpadamy szybciej niż grupa, która pojechała główną drogą. Myślę sobie...fajnie, kilka kilometrów mamy zaoszczędzone. Na leśnych ścieżkach spotykamy więcej zawodników. Widzimy jednego, który wydaje się być "zaprawionym w bojach". Jedzie swoim tempem. Postanawiamy się go "uczepić". Po kilkuset metrach niestety nie dajemy rady...gość odjeżdża. Wydaje nam się, że jesteśmy niedaleko ale lekko błądzimy. Na szczęście spotykamy zawodników wracających już z PK3, którzy wskazali nam prawidłowy kierunek. Zawracamy i po kilkudziesięciu metrach ukazuje nam się namiot i obok biało-pomarańczowe oznaczenie PK nr 3. Pomyślałem sobie -ja pierniczę, stało się - pierwszy mój PK w życiu! Krótka przerwa, wciągam żel energetyczny, popijam napojem izotonicznym...adrenalina we krwi buzuje:-). Widzę jak na PK3 dochodzi mój kolega z pracy, który startuje w TP50. Wymieniamy kilka słów i ruszamy dalej, na kolejny PK. Idzie dobrze, zmęczenie kontrolowane ale mam świadomość, że to dopiero początek. Organizm się przyzwyczaja, umysł znajduje wspólny język z mapą i kompasem. Przed nami około 10km do kolejnego PK. Atakujemy dalej. Po lesie droga asfaltowa, trochę wytchnienia...choć silny wiatr nie daje komfortu jazdy. Po kilku kilometrach znajdujemy następny PK, znacznie łatwiej zlokalizowany, nie jak ten poprzedni zakopany głęboko w lesie. Kolejny żel energetyczny, łyk wody i śmigamy dalej. Po krótkiej naradzie decydujemy się wracać tą samą trasą do głównej drogi. Inni jada dalej, w przeciwnym kierunku niż my. Dojeżdżamy do głównej drogi, przed nami kilka kilometrów po wznoszącym terenie. Marcin odjeżdża, jedzie swoim tempem. Mario tuż za mną. Dopada mnie pierwszy kryzys. Mówię, że musze się zatrzymać na chwilę. Staje i przyjmuje kolejny żel, mając nadzieję, że da odpowiedniego, energetycznego, kopniaka. Wsiadam i jadę dalej, widzę w oddali ciągnącą się wstążkę asfaltu, na której końcu mamy wg mapy odbić w prawo. Jakoś udaj mi się dotrzeć na górkę. 

Krótki odpoczynek. Chłopaki wskakują do sklepu w przydrożnym sklepie, ja korzystam z kilku minut odpoczynku i zostaję. Wskakujemy na rowery i jedziemy dalej. Krzyczę, że odbijamy w prawo i wjeżdżamy do małej wioski, Chłopaki wyrywają do przodu, ja swoim tempem, zostaje kilkadziesiąt metrów za nimi. Postanawiam się upewnić czy dobrze skierowałem grupę i widząc jakiegoś człowieka, który akurat wychodził ze swojego domu, postanawiam zapytać go o drogę. Nie wiem co mi przyszło do głowy ale puszczam prawa rękę z kierownicy, chcąc machnąć mu na powitanie. Droga ręka omyka się z uchwytu i zaciska na manetce hamulca. Czuję, że nic nie da się już zrobić. Na prostej asfaltowej drodze przewracam się na prawy bok. Czuję uderzenie. Pierwsza myśl - czy rower nie został uszkodzony...chyba nie. Próbuje się podnieść ale nie mogę, nieźle przypierniczyłem. Ów człowiek, którego chciałem się zapytać o drogę podbiega do mnie, drugi jego sąsiad także pojawia przy mnie. Pomagają mi się podnieść. Myślę sobie...cholera 30km, a tu taka wtopa. Patrzę na straty. Na szczęście całe uderzenie z podłożem przejął róg kierownicy. Uderzenie musiało być dosyć mocne bo róg zdarty i przekręcony o jakieś pół obrotu. Czuje jak prawe udo mi pulsuje. Przykładam rękę do tego miejsca, czuję przez materiał krew i wielkich rozmiarów obrzęk. Chłopaki pomagają mi naprawić kierownicę. Większych uszkodzeń roweru nie ma. Na pytanie jak się czuję i czy dam radę dalej jechać odpowiadam  - że spróbuję. Wsiadam na rower....cholera ale ból. Kręcę pedałami ale już w oczy zagląda strach, że nie dam rady i na następnym PK będę musiał się wycofać. Zaciskam z bólu zęby i jadę dalej, a raczej wlokę się za chłopakami. Nie wiem jak, ale jakoś udaje mi się dojechać do naszego trzeciego PK nr 8.

Wyciągam z plecaka maść dezynfekującą i Ibuprofen, które zapakowała mi małżonka przed rajdem. Podwijam nogawkę aby zobaczyć skutki. Wielkich rozmiarów obrzęk, obtarta skóra, z której sączy się krew. Widać nitki materiału wtopione w ranę....cholera nie wygląda to dobrze. Smaruję ranę, biorę 2 tabletki przeciwbólowe. Decyzja -  jadę dalej. Z grymasem bólu na twarzy staram się dotrzymać koła Mariuszowi i Marcinowi. Przed nami nasz czwarty PK. Staram się nie myśleć o bólu, powoli organizm przyzwyczaja się do niego albo tabletki zaczynają działać - jadę dalej. Nawigację przejmuje także Marcin. Przed nami PK6, jak się okazało dla mnie najtrudniejszy. Jednak naprzeciw wszystkiemu docieram do niego. Tam musze odpocząć. Paradoksalnie siedzenie na trawie sprawia więcej bólu niż pozycja na rowerze. Na szczęście wyjeżdżamy z trudnego terenu, z lasu wjeżdżamy na drogę asfaltową. Trochę jazdy w dół, podczas, której można odpocząć. Kierunek PK nr 2.

Tutaj ukształtowanie terenu i droga nam pomaga. Nawigujemy bez większych problemów i po kilkudziesięciu minutach docieramy do naszego piątego PK nr 2. Myślę sobie, że  w moim przypadku to już i tak wielki sukces. Połowa PK zdobyta, trzeba kierować się do mety aby być sklasyfikowanym. Patrzymy na mapę obmyślając najlepszą drogę powrotu. Mario rzuca propozycję abyśmy zaatakowali jeszcze, najbardziej wartościowy wagowo" PK nr 10. Podbudowani dotychczasowym wynikiem oraz mając 2h10 do końca zawodów , ruszamy na nasz ostatni PK.

W okolicach miejscowości Błotnia....napotykamy na błota (zdziwienia nie ma). Ja schodzę z roweru i skrajem podejścia wspinam się pod górę.  Mario twardo jedzie i w połowie podjazdu widzę jak z grymasem bólu schodzi z roweru - skurcz mięśni uda. Jednak walczy dalej i razem powoli wspinamy się pod błotnisty podjazd. Marcin dawno już na górze....zazdroszczę mu.

Dojeżdżamy do głównego skrzyżowania, krótka wymiana zdań i wybieramy prawidłowy kierunek do PK10. Trudny teren, rozmokłe drogi, które co chwila się rozchodzą i przeplatają. Szacuję, że PK powinien być za 2-3 km. Jedziemy ale nigdzie nie widać tego miejsca. Po drodze spotykamy leśników, robiącyvh wycinkę. Wskazują nam kierunek. Po 200m skręcamy w lewo i za górką widać upragniony PK10! Widzimy jak jeden z uczestników, otulony kocem termoizolacyjnym, czeka na transport do bazy. To już ekstremalne wykończenie organizmu. Pochłaniam żele energetyczne i uzupełniam płyny. Patrzę na zegarek i pozostało nam na powrót 1h15min. Mam nadzieję, że zdążymy. Wracamy do głównej drogi, co chwila mijając innych zawodników, którzy szukają PK10. Mijam kolejnych, mówiąc im, że już niedaleko, że są bardzo blisko. Za plecami słyszę - dziękuję.

Jesteśmy na głównej drodze. Coraz bardziej boję się o czas, że nam go zabraknie. Za każda minutę spóźnienia odejmowany jest 1 punkt wagowy. Wiatr wieje nam w oczy, utrudniając jazdę. Stromy podjazd, na którym musze zajść, zbyt dużo energii mnie to kosztuje. Marcin został trochę w tyle, Mario - twardo jedzie do przodu. Jest przed nami kilkadziesiąt metrów. Dojeżdżamy do skrzyżowania, na którym mamy wjechać w polną drogę. Czas biegnie nieubłaganie. Kieruję się za Mariuszem, próbując dotrzymać mu koła. Wyjeżdżamy w innym miejscu niż zakładaliśmy....jak się okazuje - na szczęście. W miejscowości Liskowiec wjeżdżamy na drogę asfaltową. Pozostało 30min do końca. Jadę dalej. Widzę jak mijają nas "sprzętowcy". Marcin ma kryzys. Znika nam gdzieś z tyłu. Na wzniesieniu zatrzymujemy się z Mariuszem i czekamy na niego, nerwowo spoglądając na zegarek. Po chwili dojeżdża. Jesteśmy w komplecie. Zastrzyk energii daje nam widok tablicy "KOLBUDY". Adrenalina w żyłach wrze...

Już wiemy, że uda nam się  zmieścić w czasie. Ostatnia prosta i wpadamy na metę na 12 minut przed czasem. Jesteśmy sklasyfikowani, cholernie wyczerpani ale mega szczęśliwi!

Po zakończeniu błogi wypoczynek. Słoneczko miło przygrzewa. Wymieniamy między sobą i innymi uczestnikami wrażenia z rajdu. Każdy jest zwycięzcą. Udajemy się do bazy rajdu aby się zameldować i zdać osprzęt. Na ekranie widać wstępne wyniki:  65 miejsce z wynikiem 18 zdobytych punktów (na 30 możliwych). Mario i Marcin odpowiednio 64-te i 66-te! Biorąc pod uwagę 182 zgłoszonych zawodników  to bardzo dobry rezultat.

H-45 to niesamowita przygoda i wspaniale przygotowana impreza. Dla mnie osobiście dowód, że człowiek może osiągać cel, który jeszcze kilka tygodni temu wydawał się niemożliwy do osiągnięcia.

Następny H-46 już na jesień ....a poprzeczkę zawiesiliśmy sobie wysoko:-)

Komentarze (0)
brąz, a smakuje jak złoto...
 Oceń wpis
   

To niesamowity wyczyn polskich skoczków narciarskich, który zapisze się na kartach, nie tylko polskiej ale i w światowej, historii tej dyscypliny. Stoch, Żyła, Kot i Kubacki, Ci skoczkowie dali nam wiele radości. Po dzisiejszej porażce Justyny (bo w jej przypadku srebro i złoto Bjoergen to porażka), miałem nadzieję, że skoczkowie sprawią nam miłą niespodziankę. Zawody fantastyczne. Do ostatniego skoku podział medali był niewiadomą...i zabrakło 0.8 punktu aby wskoczyć na podium. 0.8 punktu to niecały 1 metr! Co przy 8 oddanych skokach na odległość, w sumie, ponad 1000 metrów jest czymś niewiarygodnym. A tu, z nienacka, gruchnęła wiadomość o pomyłce sędziów, którzy nie odjęli błędnie naliczonych punktów dla Norwegów po zakończeniu pierwszej serii. W efekcie to my zajęliśmy 3-cie miejsce, a do srebra zabrakło nam 0.8 punktu.

Jednak ten brąz smakuje jak złoto! Byłem sportowcem i wiem jak trudno pogodzić się gdy tak niewiele brakuje do medalu.  (Najbliżej było wiele lat temu w Olsztynie gdzie w MP juniorów młodszychw tie-breaku przegraliśmy walkę o brązowy medal).

Gdy oglądałem powtórkę z radości naszych skoczków, po tym jak dowiedzieli się, że jednak zajęli trzecie miejsce, to serducho mocno podeszło do gardła . Piękne chwile i emocje.  Życzymy sobie takich emocji więcej.

Za rok IO w Soczi i kto wie jaką niespodziankę sprawia nam tam nasi skoczkowie:-)

 

 

Komentarze (0)
HIIT
 Oceń wpis
   

Zupełnie przypadkiem obejrzałem w telewizji program BBC News gdzie Michael Mosley przedstawiał badania dotyczące nowego spojrzenia na intensywność treningu w celu poprawy kondycji i zrzucenia kilku kilogramów. http://www.bbc.co.uk/news/health-17177251

 

Hmm, zredukowanie czasu treningu do 3min tygodniowo, zamiast długich godzin na siłowni, brzmiało równie obiecująco, co niewiarygodnie.

 

HIIT - High Intensive Interval Training , bo o tym tu mowa, to nowoczesne podejście do ćwiczeń, gdzie w krótkim czasie, dajemy z siebie wszystko, następnie odpowiednio dobrana przerwa na odpoczynek.

 

Postanowiłem spróbować. Z szuflady wyciągnąłem otrzymany kiedyś w prezencie pulsometr do badania tętna, przełamałem się także do stacjonarnego roweru treningowego:-)

 

Wiele informacji jest w sieci. Ciekawy opis i propozycje treningu znalazłem na tej stronie  http://www.rower.pro/trening-interwalowy-na-rowerze-stacjonarnym/   

 

No i zacząłem trening w formule: poniedziałek, środa, piątek, weekend odpoczynek. Ustawiam max obciążenie rowery treningowego i jadę najszybciej jak mogę przez 30sek, później 4 min odpoczynku. Całość powtarzam 4 razy, co w sumie zajmuje mi 2min bardzo intensywnego wysiłku, co razem z przerwami na odpoczynek trwa 18 min.

 

Podstawą treningu HIIT jest w b.krótkiem czasie zmuszenie organizmu do maksymalnego wysiłku i utrzymanie tętna na maksymalnym poziomie (w moim przypadku w przedziale 119 - 171 HR)

 

No i zacząłem. Po pierwszym treningu czułem się fizycznie "zmasakrowany". Z trudem po jednodniowym odpoczynku przystąpiłem do następnego treningu. Jakoś poszło i powiem, że po 2 tygodniach widać efekty. Poprawa kondycji i waga także spada. Przy racjonalnym żywieniu i w sumie 6 min intensywnego treningu tygodniowo, zrzuciłem już 2kg. :-)

 

Nie tyle waga jest dla mnie najważniejsza ale kondycja, która z treningu na, trening wyczuwalnie się poprawia. No i przede wszystkim trening zajmuje mi tygodniowo 1 godzinę, w tym wysiłek 6 minut...co przy obecnym tempie życia jest na wagę złota.

 

Polecam, jeżeli ktoś nie lubi długich godzin na siłowni, a w miarę krótkim czasie chce zdecydowanie polepszyć kondycję i przy okazji zrzucić także trochę wagi.   

Komentarze (0)
1 | 2 | 3 | 4 |
Najnowsze wpisy
2014-05-07 20:58 MTB - od czego zacząć?
2014-05-06 22:57 HARPAGAN-47
2013-10-20 20:33 HARPAGAN-46
2013-09-25 22:55 VI edycja jesiennego rajdu MTB w Kościerzynie
2013-09-25 22:01 Pompowany balonik wreszcie pękł na dobre...
Najnowsze komentarze
2014-01-06 19:21
najlepszeprezenty.com.pl:
HARPAGAN-46
pozdrowienia :)
2013-12-24 21:04
michnik9:
HARPAGAN-46
Super event, super wpis, dobrze że dodałaś zdjęcia bo ciekawiej się to czyta.
2013-12-22 00:29
wokol.dziecka:
A dziadek patrzy z góry i się śmieje…
Wesołych świąt! :)
O mnie
dioralop
Gdańsk, 39+ lat, kiedyś gracz - teraz kibic siatkówki